Korespondencja z Iraku (fragmenty)

Glosa do uchwały składu siedmiu sędziów Sądu Najwyższego z dnia 30 września 1996 r. III CZP 85/96
30 września 1996
Odpowiedzialność stron umowy przedwstępnej za spełnienie zastrzeżonych w niej świadczeń na poczet umowy przyrzeczonej
31 grudnia 2004

Kochane Koleżanki i kochani Koledzy! Pozdrawiam Was – jak mówią żołnierze – z całego combat serca. Piszę ten tekst nie tylko dlatego, że o Was pamiętam, ale również, żebym po szczęśliwym powrocie do Polski (insz Allah) nie musiał każdemu z osobna powtarzać, jak to było na wojnie.

Podróż do Iraku w wydaniu wojskowej turystyki zwłaszcza w okresie letnim jest okropna. Po wylądowaniu w Kuwejcie żołnierze jadą klimatyzowanymi jeszcze autobusami do amerykańskiej bazy Camp Virginia. Tam spożywają śniadanie, dostają po cztery magazynki do beryla i po dwa do pistoletu; w kamizelkach kuloodpornych, cięższych i grubszych, niż policyjne i w hełmach wsiadają do otwartych starów. W tym czasie temperatura powietrza w cieniu osiąga 50 stopni i towarzyszy przez całą podróż. Poruszanie się aut powoduje uczucie wiatru. Żołnierze od czasu do czasu wystawiają ręce za burty starów, ale szybko je chowają, bo wiatr nie chłodzi, lecz parzy. W nocy konwój dociera do Camp Cedar, gdzie wojsko bierze prysznic ze zdziwieniem konstatując, że w kranach są dwa rodzaje wody: gorąca i bardzo ciepła. Potem kolacja i nocleg w klimatyzowanych namiotach. Wreszcie chłód. Następnego dnia znów cały dzień w drodze. Zrywa się burza piaskowa, gorący pył z pustyni osiada na twarzach i rękach, ale po pewnym czasie jest mimo wszystko chłodniej, bo kurz zakrywa słońce. Krajobraz Iraku się bardzo zmienia. Wjeżdżając od strony Kuwejtu, widzi się pustynną równinę. Wszędzie piasek koloru bladożółtego, potem różowo-brązowego. Od czasu do czasu pojawia się rzadki zielonkawy meszek i szarozielone kępki krzaczków, bardzo niskich. W tych miejscach Beduini wypasają swoje kozy i mieszkają w namiotach bez klimatyzacji. Nie można wprost uwierzyć, że mogą być tak odporni na upał. Dzieci chodzą po rozpalonym piasku boso. Żebrzą przy drodze, pokazując, że chcą coś zjeść lub wypić. Żołnierze rzucają im z samochodów wodę mineralną i pakunki MRE. Jest tam między innymi zakonserwowany posiłek w jednej torebce i karbidowy podgrzewacz w drugiej. Jedną torebkę wsadza się w drugą, zalewa wodą i czeka 10 minut, aż się jedzenie zagrzeje. Beduini nie zawsze wiedzą do czego służy podgrzewacz i niestety jedzą jego zawartość, dlatego ostatnio wyrzuca się rozerwane pakunki z usuniętym podgrzewaczem.

Jadąc na północny wschód, okolica robi się coraz bardziej zielona. Zaczyna się bardziej gęsta trawa, a potem busz – wysokie trawy i niskie krzaki. Beduini wypasają już nie tylko kozy, ale także owce i wielbłądy. Stada wielbłądów wyglądają bardzo malowniczo. W nocy można zobaczyć białą sowę. Potem pojawiają się oazy z palmami daktylowymi. W pewnym momencie palm zaczyna być bardzo dużo. Ziemia jest bagnista. W niektórych miejscach woda stoi cały czas mimo niebywałych upałów. Czasem są duże pustkowia nieużytków. Są to czasowo wyschnięte bagna. Pod powierzchnią fermentuje błoto i wali okropny smród niesiony przez wiatr. Na bagnach, które nie wysychają, przy kanałach rośnie pewna odmiana papirusu, przypominającego trzcinę, jesienią osiągającego wysokość około trzech metrów. Arabowie mają poletka na tej wilgotnej mimo upałów ziemi. Nawet tam, gdzie jest piasek, wystarczy wykopać niewielki dół i pojawia się woda. Miejscami są bardzo gęste gaje palmowe. Jest to pozostałość po Oceanie Indyjskim, który kiedyś sięgał aż tam. Rośnie także dużo eukaliptusów. Rolnictwo egzystuje dzięki dwóm rzekom Eufratowi i Tygrysowi. Rzeki te mają odnogi i od nich odchodzą kanały, te nowe są proste, te stare wiją się jak górskie potoki i mają szerokość czasem do 20 metrów. Poniżej kanałów położone są poletka, na których Arabowie uprawiają różne rośliny i oczywiście rosną palmy. Od kanałów odchodzą mniejsze kanaliki poprzez schowane w ziemi przepusty, którymi wolno ścieka woda z kanałów. Niektóre te urządzenia pamiętają czasy starożytne. Dzięki nim poprzegradzane grobelkami poletka są nawodnione. Jesienią padają od czasu do czasu deszcze i ziemia jest wszędzie wilgotna ze względu na gliniastość gleby. Najwięcej kanałów jest w obszarze Mezopotamii, między dwoma rzekami Babilonu. Na zewnątrz kanały w pewnym miejscu zakręcają i dalej jest już piasek pustyni. Tam dalej są gdzieniegdzie niewielkie oazy. Pola są nawadniane z pustynnych studni. Zdarzają się jednak wielkie oazy w sercu pustyni. Najciekawsza to Ain Al Tamar nieopodal wielkiego, słonego jeziora i pustynnej twierdzy z ósmego wieku o nazwie Al-Ukhaidir. Oaza jest właściwie miasteczkiem w wielkim parku palmowym. Kipi zielenią, która kontrastuje z pustynnym otoczeniem. W centrum oazy znajduje się naturalne, obmurowane źródło wielkości sporego i głębokiego na kilka metrów stawu. Woda wypływa ze skalnego podłoża, które jest widoczne z brzegu ze względu na jej przejrzystość. Rozchodzi się ona na wszystkie strony poprzez przepusty i wpływa do wąskich kanałów, które nawadniają pola. Jest to także jedyny rezerwuar wody pitnej. W ostatnich latach lustro wody się obniżyło i potrzebna jest nowa studnia artezyjska, której budowa nadzorowana jest przez nasze wojsko.

W pewnej jednak odległości od Mezopotamii jest już tylko bezkresna piaszczysta równina. Oddech pustyni odczuwalny jest wszędzie. Każdy silniejszy wiatr zmienia się w burzę piaskową. Na słońce w zenicie można patrzeć wtedy gołym okiem, ale nie za długo, bo kurz jest dokuczliwy.

Wioski Mezopotamii są nędzne, ale malownicze. Bieda zakryta jest wybujałą, zwłaszcza jesienią i zimą, roślinnością. Miasta również są nędzne. Gdzieniegdzie widać bogate wille i segmenty. W okolicach Karbali i Nadżafu cmentarze są bardzo rozległe, bo każdy szyita – nie tylko iracki – chce być pochowany w pobliżu świętego mauzoleum. Wyglądają tak samo, jak miasta, tyle że domki i meczety są mniejsze. W tych domkach bogaci Arabowie urządzają sobie groby. Są one jednak szare i zaniedbane. Mimo zewnętrznych oznak gorliwej religijności do spraw wiecznych przywiązują mniejszą wagę, niż do doczesnych.
Kobiety chodzą w czarnych habitach z cienkiego materiału z czasem białym wyłogiem u głowy, które narzucają na siebie. Pod spodem mają zwykłe europejskie ubrania. Pokazują się w ciuchach europejskiego kroju jednak tylko wewnątrz domostw i ogólnie niepublicznie, na przykład na podwórkach. Wychodząc na ulicę kobieta zawsze zakłada na wierzch ten dziwny płaszcz, zwany przez naszych żołnierzy pingwinem. Mężczyźni chodzą w ubraniach europejskich lub w długich szatach zapiętych pod szyję. Jest to coś w rodzaju koszuli do kostek. Starsi mają na głowach arafatki przepasane podwójnym sznurkiem.

W Karbali – największym mieście w polskiej strefie odpowiedzialności – są dwa bliźniacze święte meczety na starym mieście. Mają one złote kopuły i po dwa walcowate minarety też ze złotymi kopułami. Otoczone są murami. Wybudowane były we wczesnym średniowieczu. Są to grobowce dwóch spośród dwunastu nieomylnych imamów: Hussaina i Abbasa. Pierwszy z nich był wnukiem Mahometa. Został zabity w pobliżu Karbali w walce o władzę w świecie muzułmańskim ze zwolennikami kalifa z Bagdadu z rodziny Ommajjadów. Zięć Mahometa – Ali – zginął w Nadżafie i tam znajduje się podobne mauzoleum. Od czasu owych śmierci w świecie muzułmańskim nastąpił rozłam. Szyici uważają, że przewodnikiem i strażnikiem wiary muzułmanów – kalifem – powinien być potomek Mahometa, a sunnici, że niekoniecznie. Szyitom przewodzili nieomylni imamowie. Było ich w sumie dwunastu. Ostatni nieomylny imam, według wierzeń szyitów, syn porwanej do niewoli córki cesarza bizantyjskiego, zniknął w średniowieczu na lat około 80, potem po kilku latach nawiedził wiernych cieleśnie, zniknął drugi raz i dotąd się ponowni nie pojawił. Kiedy nadejdzie właściwy czas, który zostanie oznajmiony różnymi anomaliami astronomicznymi, zjawi się na Ziemi wraz z Jezusem Chrystusem, by dokonać sądu. Imamowie przedstawiani są na wizerunkach w sposób uderzająco podobny do wizerunku Chrystusa. Szyici mają w Karbali święto Aszury – zwykle we wrześniu – na które przybywa do grobowców imamów co roku od 5 do 8 milionów pielgrzymów z całego świata muzułmańskiego.

Wielonarodowa Dywizja Centrum-Południe w skrócie zwana MND (C-S). Została powołana na mocy Memorandum of Understanding podpisanego w Warszawie 25 VIII 2002 r. przez państwa ją tworzące. Umowa ta nie została oficjalnie ratyfikowana przez żadne z państw, ale jest stosowana w praktyce, a jej postanowienia są de facto akceptowane przez tymczasowe władze irackie.

Polski Kontyngent Wojskowy – oprócz pododdziałów dywizyjnych – przede wszystkim tworzy 1 BCT (Brigade Combat Team – Pierwszą Brygadową Grupę Bojową). Brygada dzieli się na trzy grupy bojowe (bataliony), oprócz tego wydzielony jest batalion dowodzenia. 1 Battle Group (batalion) stacjonuje w Al Hillah w Camp Charlie wraz z tworzącymi odrębne pododdziały żołnierzami kontyngentu salwadorskiego, mongolskiego, węgierskiego, rumuńskiego, łotewskiego i litewskiego, 2 BG około 15 km od Karbali w Camp Lima, 3 BG (batalion bułgarski) stacjonował do niedawna w Camp Kilo w Karbali. Niemalże w sąsiedztwie, bo w odległości około dwóch kilometrów znajdowała się jeszcze niedawno kwatera sztabu Brygady i jej batalion dowodzenia. Był to Camp Juliet, zwany przez żołnierzy Stalingradem albo Alcatraz ze względu na umiejscowienie w samym centrum miasta, klaustrofobiczną reakcję z powodu małej przestrzeni i imponujący system tzw. force protection – bastionów budowanych ze specjalnych drucianych koszy wypełnionych ziemią (hesco bastions) i wysokich betonowych ścian typu Alasca. Sztab Dywizji mieści się w Camp Alpha usytuowanym wokół ruin Babilonu i położony jest nad odnogą Eufratu – rzeką Hillą. Obóz ten oddalony jest około 8 km od Camp Charlie i około 60 km od Karbali. W Al Kut ok. 150 km na wschód od polskich obozów mieści się baza 2 BCT – brygady ukraińskiej. Likwidacja dwóch baz w Karbali była od dawna przewidywana ze względu na uciążliwości, jakie stwarza dla mieszkańców stacjonowanie wojska w obrębie miasta. Niektóre ulice, także trasy przelotowe, były zagrodzone betonowymi zaporami, częste konwoje wojskowe wyłączały lub blokowały normalny ruch kołowy. Camp Alpha likwiduje się ze względu na zagrożenie ruin Babilonu działaniami militarnymi. Kiedyś wykopano grunt z przeznaczeniem na bastiony, w którym teoretycznie mogły być urządzone stanowiska archeologiczne, co wywołało skandal prasowy w Europie i Ameryce. Próbowano winę zrzucić na nasze wojsko. Nie wiem, czy nasze tłumaczenia, że to nie my usypywaliśmy hesco bastiony, tylko amerykańska firma zapewniająca usługi logistyczne (skądinąd bardzo sympatyczni ludzie, weterani głównie Marine Corps).

Wojsko z Karbali i Babilonu miało zostać przeniesione do Camp Lima i ewentualnie Charlie. Po ogłoszeniu przez rząd Polski zamiaru zmniejszenia liczebności kontyngentu amerykańskie dowództwo Korpusu zadecydowało, że Polacy opuszczą w miarę zamożną prowincję Karabala i przeniosą się do oddalonej od Karbali około 150 km Diwaniji. Znajduje się tam Camp Echo opuszczany obecnie przez Amerykanów i zasiedlany przez Polaków i Bułgarów, sąsiadujący z ubogim miastem i otoczony terenami rolniczymi.

Dziewięćdziesiąt procent naszego wojskowego wysiłku spożytkowane jest na utrzymywanie własnego bezpieczeństwa. Głównym zadaniem patroli operujących w terenie jest penetrowanie tzw. moździerzowisk, czyli obszarów, z których może być prowadzony ostrzał baz. Patrole saperskie szukają przydrożnych ładunków wybuchowych – IED – Improvsed Explosive Devices, zakładają checkpointy i sprawdzają pojazdy, konfiskują broń. Akcje antyterrorystyczne przeprowadzane są zwykle we współdziałaniu z iracką policją i gwardią narodową. Nasz wywiad zdobywa, często za pieniądze, od miejscowej ludności informacje o miejscach pobytu grup terrorystycznych. Informacjami tymi dzielimy się z Irakijczykami, a od nich często następują przecieki i akcje kończą się nikłym powodzeniem. Na prowadzenie samodzielnych akcji, o które często proszą nas informatorzy, nie mamy obecnie wystarczających sił, aby je przeprowadzać z odpowiednią częstotliwością. Nie łapani terroryści wybijają nam informatorów, których w końcu udaje im się zidentyfikować. Uderzają też w zaprzyjaźnione z nami miejscowe elity. Zastrzelili między innymi sprzyjającego nam wpływowego szejka z Karbali. Kontyngent trzeba zwiększyć albo wycofać. To drugie wywołałoby fatalne skutki polityczne. Jeśli nie możemy zwiększyć naszego kontyngentu, to trzeba go zrestrukturyzować. Jest w nim mnóstwo niepotrzebnych etatów. Sztab Dywizji liczy 475 osób, sztab Brygady zaś, na którym spoczywa główny ciężar dowodzenia naszym wojskiem, 45 osób, a batalion bojowy 250. Liczby mówią same za siebie.

Wyposażenie naszego wojska jest niedostateczne. Przyjechaliśmy na wojnę, jak na piknik. Poruszamy się samochodami bardziej rolniczymi, niż wojskowymi. Honker – przerobiony dla potrzeb armii tarpan – zupełnie nie nadaje się do tutejszych warunków działań. Jest nie opancerzony i wywrotny. Żołnierze opancerzali je własnym przemysłem, spawając między innymi blachy pochodzące z wraków irackich wozów pancernych i czołgów, zakładali własnej konstrukcji wieżyczki do karabinów maszynowych, opinali siatkami maskującymi, żeby nie było widać chałupniczej roboty i nie musieli się wstydzić za Ojczyznę. Niedawno dostaliśmy od Amerykanów 24 egzemplarze hummerów, ale starego typu, bez opancerzonej podłogi, dachu i maski. Żołnierze znów je wyposażają w swojej roboty obrotnice na pk. Są to jednak pojazdy wiele lepsze i bezpieczniejsze, niż honker. Pozostałe honkery są obecnie opancerzane w fabrycznie wykonane blachy i są zakładane fabryczne obrotnice do karabinów maszynowych pk, ale tych, choć jest to urządzenie o takim samym zaawansowaniu technologicznym i koszcie produkcji, jak chłopski cep, to ich nie ma pod dostatkiem.

Głównym sposobem walki stosowanym przez terrorystów i rebeliantów są przydrożne miny, często umieszczone w zaparkowanych na jezdni samochodach (tzw. VBIED). Eksplozja takiej miny potrafi wprost zdmuchnąć nieopancerzony samochód. Niewiele daje wyłożenie workami z piaskiem burt samochodów ciężarowych. Nie dawno wybuch miny przesunął ciężarowego ziła z konwoju bułgarskiego na drugą stronę jezdni i oczywiście doszczętnie spalił. Zginął jeden żołnierz, a trzech zostało rannych. Wszyscy jednak pozostali, którzy jechali pancernymi hummerami i transporterami, w które wyposażeni są Bułgarzy, wyszli bez szwanku. To nasz konwój miał jechać jako pierwszy, ale o 8 minut opóźniliśmy wyjazd (przeze mnie, bo w szpitalu polowym spisywałem protokół z przesłuchania rannego żołnierza) i to nas uratowało, bo wybuch zmiótłby z powierzchni ziemi przynajmniej jednego naszego honkera, który musiałby się znaleźć w zasięgu rażenia.

Wojsko się przyzwyczaja do niebezpieczeństwa. Na początku misji każdy pusty samochód stojący przy krawędzi jezdni wywoływał obawę i przejeżdżało się koło niego z duszą na ramieniu. Ostatnio nasz konwój zabierający resztki urządzeń force protection z Camp Juliet był przed wyruszeniem wyraźnie obserwowany przez podejrzane osoby. Sprawców złapała powiadomiona przez nas policja iracka. Na jedynej drodze przemarszu stał jednak zaparkowany nienaturalnie daleko od krawężnika pusty mercedes. Byliśmy przekonani, że jest to VBIED i że ktoś nie złapany może go zdetonować, ale przejechaliśmy koło niego spacerkiem. Ostatecznie nie było innej drogi dla wielkich i wyładowanych trucków i trzeba było zdążyć na kolację.

Brak naszemu wojsku przede wszystkim odpowiedniego wsparcia powietrznego. Od dawna zapowiadane helikoptery szturmowe jeszcze nie przypłynęły. I tak będzie ich za mało. Niektórzy dowódcy mają jednak instynkt samozachowawczy. Jadąc na misję w zasadzie przemycili działa bezodrzutowe spg 9. Jest to broń bardzo przydatna w razie frontalnego ataku na bazę. Może się on zdarzyć w razie jakichkolwiek zamieszek. W takich sytuacjach iracka gwardia narodowa lubi dezerterować albo przechodzić na stronę rebeliantów. Sytuacje takie już ćwiczyliśmy w trakcie naszej zmiany. Nikt zaś z naszych nie chce zostać gwiazdą telewizji Al Dżazira. Większość żołnierzy, czy to na patrolu, czy w konwoju, oprócz beryla i pistoletu ma przy sobie przynajmniej jeden granat. Kiedyś nasz konwój utknął na wąskiej drodze w korku i w tłumie w miejscowości Al Hindiya nad Eufratem. Konwój wydostał się z tłoku, gdy sierżant-spadochroniarz stanął na masce honkera z granatem i ostentacyjnie wyciągnął zawleczkę, a potem, wymachując tym granatem, pokierował ruchem ulicznym.

Irakijczycy w swojej większości nie okazują oznak jawnej wrogości wobec wojsk koalicji. Dzieci zawsze nas pozdrawiają, bo jadący konwój albo patrol jest dla nich atrakcją. Dorośli zachowują obojętność i nie bardzo lubią obce wojsko. Mają przecież – jak wszyscy – swoją dumę narodową. Konwoje wojskowe poruszają się z zachowaniem określonych zasad, które kolidują z wygodą cywilnych użytkowników dróg. W miarę możliwości nie przejeżdża się pod wiaduktami, tylko jedzie obwodnicami pod prąd. Także pod prąd, drugim pasem autostrady trzeba jeździć, gdy grozi utknięcie w korku. Konwój lub patrol porusza się środkiem jezdni, zmuszając auta cywilne i nawet policyjne, jadące w obu kierunkach, do zjechania na pobocze. Egzekwowane to jest groźbą staranowania i strzałami ostrzegawczymi, bo klaksony robią na Irakijczykach niewielkie wrażenie. Auta skutecznie blokujące przejazd, są spychane przez nasze pojazdy. Miejscowa ludność na ogół podchodzi do tych procedur ze zrozumieniem, zwłaszcza gdy nasi strzelają w nawierzchnię drogi, ale nie wykazuje z tego tytułu szczególnego entuzjazmu.

Każdy uczestnik konwoju jest uzbrojony i ma przydzielone swoje stanowisko strzeleckie i strefę obserwacji. W pojazdach, oprócz karabinu maszynowego pk, obsługiwanego przez strzelca na obrotowym stanowisku, beryli i pistoletów, jako broni osobistej, żołnierze mają do dyspozycji ręczne wyrzutnie przeciwpancerne komar, granatnik ręczny pallad i zapasową amunicję. Podobnie jest podczas patroli. Oficerowie sztabowi nie mają obowiązku w nich uczestniczyć. Są jednak tacy, którzy chętnie się na nie wybierają, bo unikają w ten sposób klaustrofobicznego syndromu, na który cierpią ci, którzy zbyt długo siedzą w bazach.

Polskie Siły Zbrojne – tak jak i inne wojska tworzące Dywizję – nie ponoszą odpowiedzialności za szkody wynikłe z prowadzenia bojowych działań operacyjnych. Nie odpowiadają na przykład za szkody wynikłe z bombardowania, ostrzału artyleryjskiego, wymiany ognia z innej broni. Odpowiadają zaś za szkody wynikłe z działań o charakterze militarnym, ale nie mających charakteru działań bojowych, na przykład za szkody spowodowane przemieszczaniem się wojska. Według Memorandum of Understunding, które odwołuje się w zakresie nie unormowanym do konwencji Haskiej i Genewskiej, odpowiedzialność cywilną reguluje prawo państwa tych sił, które wyrządziły szkodę. Za szkody wyrządzone przez polskich żołnierzy polski Skarb Państwa odpowiada na zasadach określonych w prawie polskim. Każdy mieszkaniec Iraku, niezależnie od posiadanego obywatelstwa, ma prawo skierować do przedstawicieli Wojska Polskiego roszczenie odszkodowawcze, opisując jego podstawę faktyczną w claims form – formularzu, który wręczany jest petentom i wypełniany z nimi po angielsku w asyście tłumacza z języka arabskiego. Twierdzenia faktyczne muszą zostać zweryfikowane, a potem poszkodowanemu doręcza się claims report, w którym przyznaje mu się odszkodowanie albo odmawia. Siłom zbrojnym państw koalicji służy immunitet i nie mogą być pozywane przed sądy irackie. Poszkodowani mogą ewentualne popierać dalej swoje roszczenia przed odpowiednimi sądami państw koalicji. Rozpatrując skargi Irakijczyków w miarę możliwości korzysta się z ustaleń Żandarmerii lub Prokuratury Wojskowej. Niekiedy te instytucje mają inne zdanie, niż organa wojskowe decydujące o wypłacie odszkodowania. Jednym z najbardziej bulwersujących i tragicznych zarazem przykładów może być niedawna śmierć Irakijczyka zastrzelonego przez żołnierza z polskiego konwoju. Przejazd konwoju blokowała cysterna, jak się potem okazało należąca do amerykańskiej firmy KBR i wioząca wodę do polskiego obozu. Jadący pierwszym honkerem z konwoju strzelec pk oddał kilkakrotnie strzały ostrzegawcze, gdy cysterna wyraźnie zajeżdżała mu drogę. W chwili, gdy cysterna wykonała manewr polegający na próbie zatrzymania się w poprzek jezdni, strzelec otworzył ogień w kierunku pojazdu. Kierowca zginął na miejscu, trafiony kulą, która przebiła ścianę szoferki. Jadący ciężarówką pasażer nie potrafił wytłumaczyć nieracjonalnego zachowania się kierowcy. Moim zdaniem, żołnierz zachował się prawidłowo, ponieważ miał podstawy ocenić zachowanie się kierowcy, jako stwarzające bezpośrednie zagrożenie. Żołnierz mógł zasadnie przypuszczać, że ma do czynienia z usiłowaniem zamachu przy pomocy VBIED lub innego ataku na konwój. Nieotworzenie ognia byłoby w tym wypadku naganne. Z krewnymi została zawarta ugoda, na mocy której otrzymali od wojska pewną sumę tytułem condollence payment, uznali, że nie ma podstaw do odpowiedzialności cywilnej polskiego Skarbu Państwa i zrzekli się wobec niego ewentualnych roszczeń. Prokurator Wojskowy przedstawił jednak żołnierzowi – mimo niespornego stanu faktycznego opisanego wyżej – zarzut nieostrożnego obchodzenia się z bronią. Jak widać prokuratura nie tylko w cywilu jest instytucją trudną. To samo dotyczy Żandarmerii Wojskowej, której funkcjonariusze zaczajają się na terenie baz na żołnierzy-kierowców i sprawdzają, czy mają przy sobie prawo jazdy. Na nic tłumaczenie, że teren zamkniętej bazy wojskowej nie jest drogą publiczną. Prokurator Wojskowy jest bowiem innego zdania i chyba by je podtrzymał, gdyby podobne kontrole miały miejsce na pokładzie lotniskowca. Wiele wysiłku prokuratura i żandarmeria poświęca także stłuczonym przez kierowców podczas parkowania lusterkom. à propos tego oskarżonego żołnierza, Żandarmeria Wojskowa Marynarki Wojennej, której przekazano sprawę po zakończeniu naszej półrocznej służby, umorzyła postępowanie i dowiodła, że Irakijczyk zginął w wyniku postrzału oddanego spoza konwoju (prawdopodobnie przez terrorystów).

Ważnym obszarem działania naszego wojska w Iraku jest współpraca cywilno-wojskowa prowadzona przez pododdziały tzw. CIMIC (Civil Military Cooperation) i PLST (Provinsional Support Liaison Team). Prowadzą one inwestycje w służbie zdrowia, policji, więziennictwie, wojsku, wodociągach, elektryfikacji, w szkolnictwie. Wojsko zawiera umowy z wykonawcami, nadzoruje ich wykonanie i płaci wynagrodzenia. Inwestycje finansowane są przez Amerykanów, żeby pobudzić koniunkturę gospodarczą. Rozmiar ich naprawdę imponujący. Przywożą wielkie paki świeżo wydrukowanych dolarów. Są one niebieskie. Dopiero po dłuższym kontakcie z powietrzem nabierają charakterystycznego koloru zielonego. Ten, kto o tym nie wie, początkowo myśli, że są to falsyfikaty. Te niebieskie paki dolarów, owiniętych folią, nasi żołnierze niedbale rzucają do kontenerów, zamykają na lichą kłódkę, zaś potem są one wypłacane przez oficerów CIMIC Irakijczykom za pracę i materiały budowlane, bo nie ma systemu bankowego.

Tyle chyba na razie wystarczy.

Wasz combat prawnik
kpt. adw. Rafał Kasprzyk
Camp Lima, dnia 30 XI 2004 r.